Błogosławieni męczennicy II wojny światowej

KOPLIN

kapucyn nieprzeciętny

pruski nacjonalista

Adalbert przyszedł na świat w 1875 roku, w domu Lorenza i Berty Koplinów, wwielodzietnej rodzinie zgermanizowanych Mazurów. Mieszkali w dzisiejszym Debrznie (na Pomorzu, na południe od Chojnic), które w tamtym czasie było miastem niemieckim o nazwie Preusisch Friedland. Mimo, że matka Adalberta była luteranką, został on ochrzczony w Kościele katolickim. W dzieciństwie Adalbert przeszedł poważną chorobę, jednak dzięki wielkiej woli życia i wierze wyzdrowiał. W tym czasie najprawdopodobniej zaczął odkrywać powołanie do życia kapucyńskiego. Niedługo po maturze, w roku 1893, rozpoczął nowicjat w prowincji westfalskiej. W Zakonie otrzymał imię Anicet. Po święceniach kapłańskich, które przyjął w roku 1900, pracował w klasztorach Westfalii i Nadrenii. W tym czasie zaczął uczyć się języka polskiego, aby objąć duszpasterską opieką polskich emigrantów zatrudnionych w kopalniach w okolicach Münster. Po 8 latach, został na rok przeniesiony do klasztoru w Sterkrade, gdzie liczba pracujących Polaków była jeszcze większa. W 1913 roku rozpoczął pracę w Krefeld. Tu zastała go I wojna światowa, w czasie której ofiarnie posługuje, między innymi jako kapelan rannych żołnierzy i jeńców wojennych.

W tym czasie ojciec Anicet dał się poznać jako człowiek wielkiego ducha, odznaczający się miłosierdziem dla każdego potrzebującego człowieka. Przejawia również talenty pisarskie. Publikuje swoje artykuły w czasopismach kapucyńskich i lokalnej prasie. Przedmiotem jego zainteresowań były przede wszystkim sprawy Kościoła, historii, polityki itp. Ojciec Anicet był również poetą. Z upodobaniem tworzył okolicznościowe poezje, dotyczące bieżących wydarzeń. Tworzył po niemiecku i łacinie. W czasie I wojny światowej jego poezja przybrała specyficzną postać. Kapucyn pisał hymny na cześć niemieckiego miecza („Heil deutsche Schwert!”), znana jest modlitwa niemieckiego żołnierza jego autorstwa („Des Deutschen Kriegers Schlachtgebet…”). Na cześć marszałka Hindenburga napisał w 1915 roku akrostych pt. „Heil unserm Hindenburg!”. W swoich utworach przejawiał ogromną miłość do Niemiec, nawołuje do walki za nie, wychwala cesarzy Wilhelma, czy Franciszka Józefa, zachowały się jego poezje będące odpowiedziami na cesarskie rozkazy. Jeszcze przed końcem wojny, w marcu 1918 roku, ojciec Anicet przyjechał do Warszawy.

dobry Niemiec w kraju Sobieskiego

Anicet wyruszył do Polski w celu lepszego opanowania języka polskiego. Zachowały się jego listy, w których opisywał swój przyjazd i pobyt wśród polskich braci. Jest to niezwykłe świadectwo ewangelicznej miłości braterskiej, która jest większa niż nienawiść między walczącymi narodami. Na furcie warszawskiego klasztoru przywitał Koplina ojciec Kazimierz Kuderkiewicz. Anicet w liście do braci w Niemczech tak opisuje to spotkanie: „Ojciec Kazimierz uściskał mnie z prawdziwie polską serdecznością i franciszkańską braterskością, a okazywał miłość najczulszej i najtroskliwszej matki”. Koplin zdaje sobie sprawę ze stosunku Polaków do narodu niemieckiego: „Istotnie, tu w kraju Sobieskiego, dobry Niemiec – a za takiego chciałbym przecież uchodzić – nigdy nie może czuć się tu jak u siebie w domu, z powodu tak bardzo ostentacyjnie występującej sympatii dla Francji, którą prawdziwy Polak, że tak powiem, wyssał już z mlekiem matki”. W innym liście pisze: „Prawdziwy bowiem Polak jest przyjacielem i wielbicielem Francuzów i dlatego z drugiej strony wrogiem Niemców bardzo ich nienawidzącym”.

W tym kontekście pozostanie Aniceta w Polsce jest tym bardziej zaskakujące. Mimo świadomości niechęci Polaków do Niemców, szczególnie w czasie wojny i bezpośrednio po niej, kapucyn ofiarnie posługiwał wśród ludności warszawskiej.

spowiednik

W latach 1918 – 1921 ojciec Anicet regularnie spowiadał warszawskie duchowieństwo, czasem osoby świeckie. Ponieważ polski znał słabo, spowiadał po łacinie; miał kiepską dykcję – mówił bardzo niewyraźnie. Rzadko głosił kazania. Gdy mówił po polsku mylił się, na przemian używał słów polskich i niemieckich. Mimo tych słabości szybko zyskał sławę świetnego spowiednika i kierownika duchowego. Był spowiednikiem w seminarium duchownym. Spowiadali się u niego warszawscy biskupi, między innymi kardynał Aleksander Kakowski. W każdy piątek do klasztoru na Miodowej przyjeżdżał Achilles Ratti, nuncjusz apostolski, późniejszy papież Pius XI (wybrany na Stolicę Piotrową w 1922 r.). Ojciec Anicet spowiadał następnie trzech kolejnych nuncjuszy.

wszystko dla ubogich

Po roku 1922 ojciec Anicet poświęcił się bez reszty swojemu szczególnemu powołaniu – służbie ubogim. Na niewyobrażalną skalę organizował pomoc dla ludzi bezdomnych i ubogich. Pieniądze zdobywał po kapucyńsku – kwestował. Dzień spędzał na zbieraniu jałmużny. Przez jego ręce przewijały się bardzo duże pieniądze, które służyły mu do finansowania obiadów setkom osób oraz wspierania studentów seminariów i uniwersytetów. Organizował zbiórki żywności. Na Annopol, który w tym czasie był dzielnicą slumsów, dostarczał tygodniowo 100 kg wędlin oraz pieczywo. W czasie świąt (Wielkanoc, Boże Narodzenie) potrafił zorganizować pół tony mięsa i kilka tysięcy sztuk pieczywa dla swoich ubogich, których sam wyszukiwał.

„to nie głowa, to łeb”

Priorytetem Aniceta byli ubodzy – dla nich był gotowy ponieść wszelkie ofiary i upokorzenia. Znane są historie zdobywania przez niego ofiar dla ubogich w sposób dość niekonwencjonalny. Ojciec Ambroży Jastrzębski w swoim opracowaniu dotyczącym Aniceta (zawartym w maszynopisie z 1975 r. pt. „Kapucyni prowincji polskiej po kasacie”) zebrał wiele takich „kwiatków”; oto jeden z nich: „Dla ubogich dawał się często nabierać i wykorzystywać. Było to w kasynie oficerskim w Warszawie(…). Był już wieczór. Wtem wchodzi nieduży, chudy, brodaty kapucyn i pozdrowiwszy wszystkich, zdjął piuskę i wyciągnął ją ku siedzącym przy stoliku, prosząc o jałmużnę dla biednych. Nie odmówili, ale pod warunkiem, że ‚braciszek z nimi wypije’. Ojciec Anicet zgodził się na warunek. Zrobiono koktajl – pomieszano różne trunki. Mieszanina nabrała mocy takiej, że duży kieliszek powinien zawrócić w głowie i ‚mocarzowi’. Ojciec Anicet był tego wszystkiego nieświadomy. Po wypiciu wytarł szybko usta, wyciągnął piuskę i zebrał jałmużnę. Dla wesołości powtórzyli to parę razy. Widząc, że na Anicecie nie znać było nic z wypicia tych paru kieliszków (…), postanowili poczęstunek zakończyć, mówiąc pod adresem ojca Aniceta: ‚To nie głowa, to łeb’. On zadowolony, że będzie miał czym wspomóc biednych, odszedł”. Historię tę opowiedział naoczny świadek wydarzenia – podchorąży Hieronim Chojnacki. Pod wpływem znajomości z ojcem Anicetem podjął decyzję wstąpienia do zakonu. Dziś, obok Aniceta, jest jednym z błogosławionych męczenników warszawskiej prowincji zakonu.

mrukliwy choleryk

„Wzrost niski, blondyn, trochę pochylony. Oczy niebieskie, rybie, trochę podpadające. Patrzył na ziemię, z umartwieniem, rzadko w twarz. Broda długa, patriarchalna, wąsów nie podcinał. Habit nosił stary i wytarty. Ze względów praktycznych chodził przeważnie w pelerynie, nawet w upały, bo w połach jej były wielkie kieszenie, prawie zawsze czymś wypchane. Buty rzadko zakładał, a chodził przeważnie w sandałach, nawet w zimie (…). Mówił niewyraźnie bo nie miał zębów. Wprawdzie przełożony postarał się o potrzebną protezę, ale rzucił ją gdzieś w celi i nie nosił. Był mrukliwy i porywczy, temperamentu cholerycznego. Nieraz w stół bił pięścią z irytacji, ale szybko się opanowywał i przepraszał (…). Abnegat zapominający o sobie, dobrze pamiętał o tym, co mogłoby pomóc biednym (…)”. (A. Jastrzębski OFMCap, Kapucyni prowincji polskiej po kasacie, Nowe Miasto n. Pilicą, 1975, maszynopis); w ten sposób zachował się Anicet Koplin w pamięci tych, którzy go znali. W czasie pobytu w Polsce zakonnik przeszedł ewolucję mentalności narodowej – zdecydowanie odcinał się od reprezentowanego wcześniej nacjonalizmu. W listach prowincjała reno-westfalskiego określa siebie mianem „filius Polonus” – syn Polak. Nie przeszedł on jednak formalnie do komisariatu warszawskiego – cały czas należał do wspomnianej prowincji. Kochał swój kraj, cierpiał jednak z powodu objęcia władzy przez Hitlera. Gdy w 1939 roku rozpoczęła się niemiecka okupacja Anicet pozostał w Warszawie.

wstydzę się, że jestem Niemcem

Ojciec Anicet mógł bez problemu opuścić miasto ze względu na niemieckie obywatelstwo. Nie myślał jednak tego robić. Wzrastał w nim niechęć do hitlerowskich Niemiec. Cały czas prowadził akcję charytatywną – pomagał tysiącom Polaków i Żydów, co ułatwiało mu niemieckie pochodzenie. W roku 1941, w związku z prowadzoną działalnością, został przez gestapo zabrany na przesłuchanie, w którego trakcie powiedział: „Ze względu na hitlerowskie zbrodnie wstydzę się mojego niemieckiego pochodzenia”. 27 czerwca 1941 około północy do kapucyńskiego klasztoru na ul. Miodowej wtargnęli gestapowcy i aresztowali 22 braci (dwóm udało się ukryć na gzymsie kościoła). Około godziny 2 w nocy zostali przewiezieni na Pawiak. W więzieniu spotykały ojca Aniceta szykany ze strony gestapo – mimo ciągłych prób nie dał się namówić do złożenia deklaracji o niemieckim pochodzeniu, co było równoznaczne z uzyskaniem wolności. 3 września 1941 bracia zostali przewiezieni do obozu koncentracyjnego w Auschwitz.

Numer 20376

Koplin został pobity już przy wychodzeniu z pociągu, pogryzł go też pies esesmanów. Z powodu wieku (66 lat) został umieszczony na bloku 11, przeznaczonego dla inwalidów, starców, niezdolnych do pracy. Przydział na ten blok oznaczał w praktyce wyrok śmierci.

Prawdopodobnie ok. 16 X 1941 został zagazowany.

Przy jego obozowym numerze – 20376 – dodano literę ‚P’, oznaczającą narodowość…

Święty

Ojciec Anicet, zarówno w Niemczech jak i w Polsce, cieszy się opinią świętości. Stał się on niezwykłym pomostem łączącym oba narody. Wypełnił swoim życiem franciszkański ideał zawarty w Regule św. Franciszka: „…życie braci mniejszych polega na zachowaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa”. Zarówno przez oddanie całego siebie służbie miłosierdzia, jak i przez wejście z wiarą w misterium Męki i Zmartwychwstania Chrystusa, zgadzając się na śmierć z rąk rodaków w obozie koncentracyjnym.

Z powodu Ciebie zabijają nas przez cały dzień, uważają nas za owce przeznaczone na rzeź. Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Rz 8, 36-37

DŁUGOLETNI KANDYDAT DO ZAKONU

Niewiele dziś wiemy o przeszłości Feliksa Duckiego. Urodził się w 1888 roku w Warszawie i w tym mieście ukończył edukację. Nie wiadomo gdzie zetknął się z kapucynami. Być może powołanie zrodziło się w nim, gdy w pobliżu miejsca gdzie mieszkał na krótki czas osiedlili się kapucyni. Było to na Powiślu, kapucyni w latach 1908 – 1912 roku zamieszkali przy obecnym kościele Matki Bożej Częstochowskiej, przy Trasie Łazienkowskiej. Niedaleko kościoła znajdowała się kamienica, którą zamieszkiwali Duccy. Trudno dziś jednoznacznie określić co miał na myśli, opisując siebie w pamiętniku jako długoletniego kandydata do zakonu…

POSTULANT OD ZADAŃ SPECJALNYCH

1 stycznia 1918 kapucyni powrócili do klasztoru na Miodowej w Warszawie (była to odpowiednio przystosowana kamienica, wybudowana w miejscu dawnego klasztoru), skąd byli wygnani w wyniku kasaty po Powstaniu Styczniowym. Już dwa dni później Feliks zamieszkał w klasztorze. Zaczął się jego „postulat” – okres próby, w niczym nie przypominający tego co dziś nazywamy postulatem. Pierwsze miesiące bracia przeżywali w skrajnie trudnych warunkach, brakowało dosłownie wszystkiego. Początkowo Feliks sypiał na korytarzu przykryty własnym paltem. Już w miesiąc po objęciu klasztoru komisarzowi prowincjalnemu, o. Kazimierzowi Kuderkiewiczowi, groziło ze strony okupacyjnych władz niemieckich wysiedlenie z powodu braku zgody na zamieszkanie w stolicy. Znajomości Feliksa oraz „warszawski” charakter pozwoliły mu na uzyskanie odpowiednich dokumentów umożliwiających o. Kazimierzowi pozostanie w klasztorze.

W swoim pamiętniku Feliks opisał również inne „zadania specjalne” które w tym czasie wykonał – m.in. uzyskanie 8 metrów zboża dla klasztoru, odzyskanie skonfiskowanego przez Niemców klasztornego dzwonu i dywanu, zorganizowanie klasztornej kuchni, tapczanów i innych sprzętów.

MĘSKI DUCH

W roku 1921 ukończył nowicjat w Nowym Mieście nad Pilicą i już jako br. Symforian, złożył swoje pierwsze śluby zakonne. Początkowo pracował w Warszawie, w 1923 r. został przeniesiony do Łomży. Trudno to sobie wyobrazić, ale błogosławiony miał odroczone na rok śluby wieczyste z powodu braku… ducha zakonnego.

Ojciec Ambroży Jastrzębski ciekawie podsumował duchowość br. Symforiana: „Mimo ciągłych kontaktów ze światem nie zatracił ducha pobożności i modlitwy. Miały one jednak u niego wybitnie cechy męskie. Modlił się gorąco i serdecznie, ale krótko. Zresztą na długie modlitwy nie miał czasu.”

Wrócił do Warszawy, gdzie był odpowiedzialny za różne urzędowe sprawy. Po złożeniu w 1925 r. ślubów wieczystych kwestował w Warszawie na rzecz budowy Kolegium św. Fidelisa w Łomży. W roku 1932 pracował jako zakrystianin w odzyskanym klasztorze w Zakroczymiu, po czym powrócił na Miodową. Tu objął posługę socjusza komisarza prowincjalnego.

We wspomnieniach braci zachował się jako człowiek atletycznej budowy, wysoki, o potężnej tuszy. Był człowiekiem inteligentnym, posiadającym towarzyską ogładę i umiejętność zjednywania sobie ludzi przez bezpośredniość, naturalność i prostotę.

AUSCHWITZ

27 czerwca 1941 r. gestapo aresztowało braci klasztoru warszawskiego, osadzono ich na Pawiaku. 3 września bracia zostali przewiezieni do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tu skierowany został do prac fizycznych. Przez 7 miesięcy ciężkiej pracy, braku snu, nieludzkich warunków organizm br. Symforiana był skrajnie wyczerpany. Skierowano go na blok w Brzezince. W praktyce oznaczało to wyrok śmierci.

„BIJ GO!”

Osadzeniu w bloku, w którym umieszczono również Symforiana, przeznaczeni  byli do eksterminacji. Noc egzekucji przypadła na 11 kwietnia 1942. Relację z wydarzeń kwietniowego wieczoru zawdzięczamy Czesławowi Ostankiewiczowi, obozowemu towarzyszowi br. Symforiana; razem pracowali w kopalni żwiru. Nie miała to być śmierć w komorze gazowej. Więźniom rozkazano ułożyć się na podłodze korytarza. Grupa egzekutorów zabijała więźniów rozbijając ich czaszki kijami. Trwało to około 15 minut. Zabito co piątego więźnia. Następnie wybranych więźniów wieszano i dopiero okładano kijami. Do śmierci. Przywódcą tej rzezi, za przyzwoleniem strażników, był „Matros”, oficer Armii Czerwonej, denuncjator, odpowiedzialny za śmierć ogromnej ilości osób.

Znów rozpoczęto mordowanie leżących. Czesław Ostankiewicz wspomina: „Willi (blokowy) i SS-mani bili brawo. Na ten znak reszta ruszyła z zapałem do roboty. Kije grzechotały w zdwojonym tempie. Blok wył, skowyczał i skamlał jak katowany pies. (…) Nagle tuż przed „Matrosem” stanął wielki kościsty o. Symforian: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Oprawcę zatrzymał szeroki majestatyczny ruch ręki, czyniący znak krzyża. Chłop oczy wytrzeszczył i cofnął się w głąb sali. SS-mani wyszarpnęli pistolety. Zgraja morderców zbiła się w gromadę strwożoną i zdumioną zarazem. Symforian umilkł na chwilę, a potem robiąc znak krzyża nad całym blokiem, rzekł do nas (…): Wszystkim konającym, wszystkim wam, którzy okażecie skruchę i żal za grzechy, w imię Boga Wszechmogącego udzielam rozgrzeszenia.

Bij go! – wrzasnął Willi. Nie ruszył się nikt. Przed krzyżem cofnęli się oprawcy i herszty w niemieckich mundurach. W oczach blokowego – wściekłość, strach, szaleństwo. Nieprzytomny rzucił się w przód i okrwawionym kijem trzasnął w siwą głowę. Symforian padł na kolana. Wstał. Zachwiał się i ostatnim wysiłkiem przeżegnał gromadę zbirów. Może nie wiedział już kogo żegna krzyżem Chrystusowym, a może wierny jego nauce, udzielał im swojego przebaczenia. Mówił coś, czegośmy najbliżej niego stojący już nie rozumieli i ze słowami tymi upadł na skos, zagradzając mordercom drogę do naszej buksy”.

Po śmierci Symforiana oprawcy skończyli zabijanie więźniów i wyszli z bloku. Przez kilka następnych dni panował względny spokój. Część więźniów z bloku Symforiana wróciła do pracy. „Przed opuszczeniem bloku rzuciliśmy na wagonik ciało o. Symforiana. Ubrany był w mundur radziecki, w którym przyszedł na blok. Nikt mu tego ubrania nie zabrał. Nieśli go trzej z ocalałych: Staszek, Ziółkowski i ja” – czytamy w dalszej części wspomnień Czesława Ostankiewicza.

BŁOGOSŁAWIONY

13 czerwca 1999 r. Jan Paweł II beatyfikował grupę 108 męczenników II Wojny Światowej, w tym pięciu kapucynów. Wśród błogosławionych znalazł się br. Symforian. W homilii, wygłoszonej w czasie beatyfikacji męczenników, Jan Paweł II powiedział: „(…) odżywa w nas wiara, iż bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością!”. W to wołanie, z mocą świadectwa swojej wiary, włącza się również brat Symforian.

„LEPIEJ KRÓTKO PŁONĄĆ, NIŻ DŁUGO KOPCIĆ”

KAZANIA NA PNIU

Józef urodził się w 1908 r. Pochodził z niewielkiego Zachorzewa, leżącego kilka kilometrów od Opoczna, w rodzinie średniozamożnych rolników. W Zachorzewie ukończył 6 klas szkoły powszechnej. I być może nie różniłby się zbytnio od swoich rówieśników gdyby nie specyficzne hobby. Jedną z jego zabaw było… „odprawianie” Mszy. W czasie takiej „liturgii” wchodził na pień ściętego drzewa i wygłaszał kazania. Podobno zdarzało mu się nawet spowiadać kolegów. W 1925 r. przyjechał do Łomży, gdzie rozpoczynało działalność Kolegium św. Fidelisa. Było to niższe seminarium duchowne prowadzone przez braci kapucynów. To tu poznał zakonne życie od środka. Wychowanie w niższym seminarium stwarzało możliwość bezpośredniego kontaktu z zakonnikami i uczestniczenia w ich życiu. Gdzie młody Józef poznał kapucynów? Być może w znanym dzięki o. Honoratowi klasztorze w Nowym Mieście nad Pilicą, położonym kilkadziesiąt kilometrów od Zachorzewa.

PEŁEN OGNIA

Już w trakcie nauki w zakonnym gimnazjum Józef poprosił prowincjała o. Honorata Adamczyka, o przyjęcie do zakonu. W roku 1927 rozpoczął nowicjat w Nowym Mieście i przyjął imię Henryk. Ponieważ w tym czasie kapucyni nie mieli własnego seminarium, z powodu kasat i I wojny światowej, młodego zakonnika wysłano do seminarium w Breust-Eysden w Holandii. Po ukończeniu filozofii w tym miejscu, w roku 1930, rozpoczął studia teologiczne na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W tym czasie składa śluby wieczyste oraz przyjął święcenia kapłańskie. W roku 1935 zakończył Gregorianum uzyskaniem licencjatu z teologii dogmatycznej. Zaraz po ukończeniu studiów w Rzymie, o. Henryk został skierowany do klasztoru na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Został wykładowcą w nowo utworzonym seminarium kapucyńskim. Wykładał teologię dogmatyczną, apologetykę i regułę zakonu. Niedługo potem został rektorem seminarium i wikarym klasztoru. Był mocno zaangażowany duszpastersko – często głosił kazania, spowiadał, obejmował duszpasterską opieką siostry zakonne, był poszukiwanym kierownikiem duchowym. W pamięci osób które go znały zachował się jako człowiek pełen ognia i miłości. Jego nerwowość łagodziło radosne usposobienie. Ideał życia ewangelicznego zaproponowany przez św. Franciszka był dla niego fundamentem, na którym budował swoje zakonne życie w sposób piękny – było ono przepełnione miłością do drugiego człowieka. W takim klimacie upływały o. Henrykowi kolejne lata w Lublinie. Aż do wybuchu II wojny światowej. Z końcem roku 1939 opuścili lubelski klasztor bracia z Holandii. Dotychczasowym gwardianem był jeden z nich – o. Jezuald Willemen. Od teraz obowiązki gwardiana i rektora seminarium spoczywały na barkach o. Henryka.

PÓKI MAMY TRZEŹWY UMYSŁ…

Mimo działań wojennych na początku września i trwającej okupacji, kapucyńskie seminarium rozpoczęło kolejny rok akademicki. W przemówieniu inauguracyjnym o. Henryk wypowiedział znamienne zdanie: „Lepiej krótko płonąć, niż długo kopcić”. Te słowa wybrzmiały bardzo mocno w bardzo ciężkich warunkach w jakich znajdowali się bracia. Sposób w jakich funkcjonowało seminarium w czasie okupacji hitlerowskiej możemy poznać z Prywatnej kroniki, prowadzonej przez jednego z braci. Wykłady odbywały się w normalnym toku, działały także koła seminaryjne: samokształceniowe, misyjne i abstynenckie. Bracia wspomagali rannym w szpitalu wojskowym – zanosili im żywność i własnoręcznie „wyprodukowane” papierosy z tytoniu zebranego na kweście. W styczniu 1940 r. rozpoczęły się wizyty i prowokacje gestapo w kapucyńskim klasztorze. 25 I 1940 r. nastąpiło aresztowanie braci przez gestapo, w ramach szerszej akcji likwidacji lubelskiego duchowieństwa. Bracia – 8 kapłanów i 15 kleryków – zostali umieszczeni w więzieniu na Zamku Lubelskim. O. Henryk powiedział wtedy braciom: „Póki mamy trzeźwy umysł, zróbmy dobrą intencję. Cokolwiek nas w przyszłości spotka, niech każdy ofiaruje to Bogu w jakiejś intencji”.

SZKLANKA ZAMIAST KIELICHA

Henryk z chwilą aresztowania nie przestał być gwardianem – strażnikiem braci. Bardzo o nich dbał. Potrafił zorganizować dodatkowe racje żywności. Było to możliwe dzięki kontaktom ze strażnikami więzienia. Dzięki nim również udało mu się pozyskać hostie i wino. Zadbał o to, żeby prawie codziennie w przepełnionej więziennej celi była odprawiona Eucharystia. Po wcześniejszym wstaniu i zwinięciu materacy z podłogi bracia gromadzili się wokół taboretu, który teraz pełnił rolę ołtarza, na którym zamiast kielicha stała zwykła szklanka.

FRANCISZKANIN TAK NIE ROBI

Obóz koncentracyjny w Sachsenhausen, niedaleko Berlina, przeznaczony był do eksterminacji duchowieństwa z ponad 20 krajów. Tu bracia trafili 18 VI 1940. Obóz stanowiła przystosowana do tego celu wioska olimpijska – w 1936 Niemcy byli gospodarzami letniej olimpiady. Obozowe warunki były fatalne – ciągły głód, wycieńczająca praca, bicie i szykany, ciągnące się w nieskończoność apele… Mimo coraz gorszego położenia o. Henryk nadal czuł się odpowiedzialny za grupę braci. Bardzo ubolewał nad tym, że nie może zdobyć dla nich pożywienia. Zadziwia jego sposób bycia w obozie. Bracia, którzy byli razem z Henrykiem w obozie wspominają, że gdy widział któregoś z nich odkładającego chleb na później, mawiał: „Nie wierzysz w Opatrzność Bożą? Franciszkanin tak nie robi. Nie bójcie się, nie zginiemy z głodu”. Kiedy otrzymał trochę pieniędzy nie troszczył się o nie, bracia ostrzegali go wtedy, że mogą zostać skradzione. Odpowiadał: „Jak to, czy św. Franciszek chował pieniądze?”. Kiedy po powrocie z pracy szukał zostawionego w szafie chleba, ktoś powiedział, że chleb został skradziony. Jednak o. Henryk nie wierzył, że któryś z mieszkańców baraku, a były to osoby duchowne, mógł ukraść chleb. Szukał dalej, jednak bez skutku. Wielkie wrażenie zrobiła na współwięźniach kapucynów następująca scena. Któregoś razu za otrzymane skądś pieniądze kupił 2 bochenki chleba i rozdzielił je na 25 części – dla każdego brata. Zaprosił ich do jedzenia mówiąc: „No, bracia, pożywajmy Boże dary. Czym chata bogata, tym rada”.

SPOTKAMY SIĘ W NIEBIE

Kajetan Ambrożkiewicz, jeden z kleryków kapucyńskich, którzy razem z o. Henrykiem przebywał w obozie, w taki sposób mówił o nim w kazaniu poświęconym braciom zmarłym w obozach, w Lublinie w 1947 r.: „Mam jeden zarzut przeciwko Tobie mój Ojcze Dyrektorze. Tyś nie powinien był się dostać do obozu, należałeś bowiem do tych więźniów, o których pół żartem, pół z płaczem mówiło się, że nie nadawali się do obozu. Kiedyśmy zimą z ’41 na ’42 rok, dzień w dzień, od wczesnego ranka do późnego wieczoru, na mrozie i o głodzie pracowali przy śniegu, nie umiałeś się nigdy tak jakoś zawinąć, by dostać do rąk lekką łopatę do ładowania śniegu, lecz byłeś wiecznie wśród tych, którym zostawały ciężkie niemiłosiernie taczki. I z tymi taczkami nie umiałeś sobie radzić, nie umiałeś ich rzucić w śnieg, gdy nikt nie widział i schronić się w jakiś cieplejszy kąt, choćby na jedno przedpołudnie. Nie umiałeś odpocząć sobie, gdy oko esesmana lub złego kapo nie spoczywało na Tobie. Nie posiadałeś niezbędnej do życia obozowego sztuki udawania, że coś się robi nie robiąc. Byłeś za prostolinijny. Zbyt jawną, zbyt franciszkową duszę miałeś, by taczki rzucić, by ulżyć sobie w pracy. Nie nadawałeś się do obozu. Pracowałeś za sumiennie i za dużo. Największa Twoja niedola, a zarazem i Twoja wielkość to to, że i w obozie nie umiałeś kopcić, ale tylko palić się i płonąć. I spłonąłeś szybko. Gdy już taki słaby byłeś, że z pracy nie mogłeś wrócić o własnych siłach, gdy Cię półprzytomnego Twoi współbracia zaprowadzili do szpitala, gdy zdrowy rozum nakazywał nie pokazywać tych ostatnich resztek sił tlejących w obumierającym organizmie (tylko nieprzytomnych i konających przyjmowano w tym czasie do szpitala), to Ty skoro posłyszałeś gniewny krzyk sanitariusza, zażartego wroga księży, ostatnim wysiłkiem woli stanąłeś sam na nogach. I musiałeś wrócić na blok podtrzymywany i niesiony przez współbraci. Czułeś już, że się dopalasz, bo powiedziałeś nam: „Jak umrę to się będę za was modlił, by was Bóg wyprowadził z obozu i byście nigdy nie byli głodni”. Za kilka dni byłeś już tak słaby, że i krzyki nieludzkiego sanitariusza nie pomogły i na nogi Cię nie postawiły. Przyjęto Cię do szpitala w ostatnim stadium wyczerpania organizmu. Niedługo już tam żyłeś. Nie widzieliśmy Cię na łóżku szpitalnym. Ale przed samą śmiercią napisałeś do nas, do swej ukochanej grupki kleryckiej, list pożegnalny, list który jest zarazem Twoim testamentem. Umiem go do dziś na pamięć. (…) Pisałeś w nim tak: ‚Drodzy bracia! Jestem w rewirze na siódmym bloku. Strasznie schudłem bo woda opadła. Ważę 35 kg. Każda kość boli. Leżę na łóżku jak na krzyżu z Chrystusem. I dobrze mi jest razem z Nim być i cierpieć. Modlę się za was i cierpienia swoje Bogu za was ofiaruję. (…) Wiem, że umrę i na ziemi się nie zobaczymy. Spotkamy się za to w niebie. Żegnam was i wszystkich całuję. Wasz brat w Chrystusie Henryk.”

DOTRZYMAŁ SŁOWA

Henryk powiedział braciom, że po śmierci będzie się za nich modlił, żeby żaden z nich nie umarł z głodu. Wspomniany wyżej o. Ambroży Jastrzębski, kleryk i współwięzień o. Henryka, napisał: „Umarł z wyczerpania i głodu, abyśmy my nie umarli z głodu, jak sam powiedział przed śmiercią. (…) Dotrzymał też słowa. Modlił się za nas kleryków, bośmy wszyscy (jeden umarł przed nim) przetrwali obóz w Dachau i odzyskali wolność”.

DO TAŃCA I DO RÓŻAŃCA

HIERONIM I STANISŁAW

Hieronim przyszedł na świat w Łodzi, w 1906 roku, w wielodzietnej rodzinie. Jako mały chłopiec ze starszym o 2 lata wujem (bratem matki) – Stanisławem, często bawił się „w kościół”. W papierowym ornacie, przy organach (ustnej harmonijce, na której akompaniował Stanisław) i przy asyście zakrystiana (dużo starszej od nich ciotki) sprawował Hieronim swoje pierwsze „msze”.

Po ukończeniu szkoły średniej Hieronim wstąpił do szkoły podchorążych, Stanisław już wcześniej rozpoczął naukę w seminarium. Po ukończeniu podchorążówki Hieronim nie mógł znaleźć pracy. Dzięki ciotce otrzymał zatrudnienie w PZU w Szczuczynie Nowogrodzkim. Po roku udało mu się dostać pracę w Warszawie, na Poczcie Głównej. W tym czasie cały czas współpracuje z ks. Stanisławem przy kierowaniu Akcji Katolickiej na terenie Warszawy. Zacieśnia się między nimi przyjaźń, uwidacznia się coraz większy wpływ Stanisława na duchowość Hieronima.

OSTATNIA WIGILIA Z HIERONIMEM

W grudniu 1932 Hieronim przyjechał z Warszawy na Święta. Była to jego ostatnia Wigilia w rodzinnym domu – pół roku później wstąpi do kapucynów. W czasie przygotowań do wigilijnej wieczerzy powiedział, że nie usiądzie do stołu jeżeli nie zniknie z niego alkohol. Wybuchła sprzeczka z ojcem. W końcu ojciec dał za wygraną i schował alkohol. Taka postawa Hieronima wynikła z jego dużego zaangażowania w sprawę szerzenia abstynencji. Z tego czasu zachował się jego referat, napisany dla jednego z abstynenckich kółek, pt. „Alkohol – tyranem królewskiego człowieczeństwa”.

„JEDNA CHWILA…”

Po podjęciu pracy w Warszawie Hieronim zaprzyjaźnił się z kapucynami. Przy klasztorze na Miodowej wstępuje do Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. Należał w nim do ekipy łagodzenia sporów oraz ekipy odpowiedzialnej za pomoc biednym. Tu miał styczność z o. Anicetem, którego znał już wcześniej. Spotkali się wcześniej, w oficerskim kasynie, gdzie Anicet zbierał jałmużnę dla biednych. Oficerowie próbowali upić Aniceta, oferując mu pieniądze po wypiciu z nimi kolejki. Jednak szybko stwierdzili, że z o. Anicetem taki zakład to niezbyt dobry pomysł.

Kontakt, z kapucynami, szczególnie z o. Anicetem, rozbudził w Hieronimie kapucyńskie powołanie. Mimo sprzeciwu rodziców prosi o przyjęcie do zakonu. Pytany o to, dlaczego się zdecydował na taki krok, odpowiadał: „Jedna chwila głębokiego namysłu”.

OKRUCHY CZASU

W 1933 roku, w sierpniu, rozpoczął nowicjat, otrzymał habit i zakonne imię Fidelis. Był sporo starszy od współnowicjuszy – w chwili wstąpienia miał 27 lat. Imponował wewnętrznym wyrobieniem, ale i przystępnością i prostotą. Jego współbrat z nowicjatu – o. Benedykt Drozdowski – wspominał, że Fidelis interesował się szczególnie zagadnieniami życia wewnętrznego – dużo czytał i rozmawiał na ten temat z braćmi.

Biegle znał niemiecki, francuski, włoski i angielski. W nowicjacie nauczył się łaciny. Nie tracił czasu. O. Benedykt wspomina, że już na początku nowicjatu Fidelis powiedział: „Życie nasze i praca składa się zasadniczo z okruchów czasu, kto potrafi wykorzystać każdą chwilę – ową kruszynę czasu – ten wiele potrafi zrobić w każdej dziedzinie”. Innym hasłem Fidelisa było: „Normalny człowiek powinien być do tańca i do różańca”.

„TRZEBA PSUĆ PAPIER.”

W 1934 rozpoczyna studia filozoficzne w Zakroczymiu. Tu pod wpływem ks. Stanisława i za zgodą przełożonych zakłada Kółko Współpracy Intelektualnej Kleryków. Fidelis układa regulamin i statuty Kółka. W jego ramach odbywają się spotkania i referaty. Jednocześnie kontynuuje zaangażowanie w działalność abstynencką – zakłada Kółko Abstynentów. Na sercu leżą mu nieustannie sprawy Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. Przełożeni liczyli na to, że w przyszłości będzie odpowiedzialny za kierowanie FZŚ w skali prowincji.

Dużo pisze. Zachowało się kilka artykułów (publikował w „Rodzinie Serafickiej”) i kilkanaście listów jego autorstwa. W jednym z nich napisał: „Co do mnie, teraz coraz więcej piszę. Muszę! Gdy się coś we mnie skrupi, to już nie ma rady, trzeba psuć papier”. W tym samym liście przedstawia projekt opracowywanego przez siebie brewiarza dla FZŚ oraz „Podręcznika dla tercjarzy” – książki omawiającej zagadnienia z duchowości franciszkanów świeckich. Warto przypomnieć, że w tym czasie jest dopiero studentem filozofii, a więc dopiero rozpoczyna zakonne życie.

DOJRZAŁ DO NIEBA

W 1937 przyjeżdża na studia teologiczne do Lublina. Zostaje dziekanem kapucyńskiego seminarium. Rok akademicki 1939/1940 bracia rozpoczęli w zbombardowanym, okupowanym przez Niemców, mieście. W liście do ks. Stanisława Fidelis nie potrafi ukryć przygnębienia: „Panuje i u nas atmosfera bez jutra, coś co bardzo męczy, nie wiemy ani dnia, ani godziny. (…) O normalnym życiu nie ma u nas mowy. Nigdy nie wiem co będę robił. To dziwne, prawda? Ale też i męczące”. Dalej zaznacza, że już za rok, po święceniach, ma zostać redaktorem naczelnym „Rodziny Serafickiej”, wydawanego od 1910 r. czasopisma FZŚ. Miesiąc po napisaniu tego listu, wraz z całą familią klasztoru lubelskiego zostaje aresztowany i umieszczony w więzieniu na Zamku Lubelskim. Po niespełna pół roku więźniów przewieziono do Sachsenhausen, a następnie do obozu w Dachau.

To co Fidelis przeżył w obozach odcisnęło na nim swoje piętno. Złamało go wewnętrznie. Stracił właściwy sobie optymizm. W Dachau z powodu fatalnych warunków, braku odzieży i wykańczającej pracy, bardzo zapadł na zdrowiu.

Zimą 1942 roku przenosząc kocioł kawy, poślizgnął się i przewrócił. Gorąca kawa poparzyła Fidelisa. Został wtedy ciężko pobity przez blokowego. To wydarzenie jeszcze bardziej przyczyniło się do jego załamania wewnętrznego. Jeden z braci-współwięźniów powiedział o Fidelisie: „Godził się na śmierć i Bogu składał w cichej ofierze wszystkie swoje sny i marzenia o pracy w przyszłości. Ukojenie spływało powoli na serce osłabione, z trudem wybijające ostatnie swe drgnienia na ziemi”.

Gdy szedł obozowego szpitala, a więc na śmierć, był „jakby dziwnie ukojony i uciszony w sobie, w oczach miał nawet pogodne błyski, ale były to już błyski nie z tego świata. Ucałował się z każdym z nas i pożegnał nas słowami godnymi syna św. Franciszka: ‚Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Do widzenia w niebie’.”

Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Rodzina otrzymała od władz obozowych lakoniczną informację o jego śmierci.

„GOTOWIŚMY DAĆ WAM NIE TYLKO EWANGELIĘ BOŻĄ, ALE I ŻYCIE NASZE” 1 TES 2, 8

ZUPEŁNIE NIC

Bł. Florian Stępniak należy do tej kategorii świętych, którzy na pozór niczym szczególnym się nie wyróżniali. Nie pozostawił po sobie zbioru płomiennych kazań czy dzieł ascetyczno-mistycznych. Nie pozostało po nim zupełnie nic – jego doczesne szczątki rozwiał wiatr gdzieś pod Monachium wraz z prochami innych ludzi zagazowanych przez hitlerowców.

ŻDŻARY – WIOSKA ŚWIĘTYCH

Żdżary to maleńka wioska położona w pobliżu Nowego Miasta nad Pilicą, gdzie znajduje się kapucyński klasztor. Dlaczego wioska świętych? W Żdżarach urodziła się i mieszkała bł Franciszka Siedliska – założycielka sióstr nazaretanek. W 1912 r. przychodzi na świat Józef Stępniak – bł. Florian. Dziś w parafialnym kościele w Żdżarach, blisko klasztoru nazaretanek, czci się tę dwójkę błogosławionych.

ŚWIĘTA DUSZA

Po ukończeniu szkoły podstawowej Józef rozpoczyna naukę w Łomży w kapucyńskim Kolegium im. św. Fidelisa, które przygotowywało na poziomie gimnazjum kandydatów do zakonu. O. Kajetan Ambrożkiewicz, który razem z Józefem odbywał naukę w Kolegium tak zachował go w swojej pamięci: „Święta dusza. Koleżeński, szczery, wesoły, a jednak już wtedy trochę inny od nas rozbawionych i rozproszonych chłopaków”. Nie był wybitnym uczniem, nie miał szczególnych zdolności, był natomiast pracowity. W Kolegium należał do Franciszkańskiego Zakonu Świeckich. Po kilku latach nauki poprosił o przyjęcie do zakonu kapucynów.

W ZAKONIE

Nowicjat rozpoczął w Nowym Mieście w 1931 r., otrzymał zakonne imię Florian. O. Kajetan wspomina, że wyróżniała go wtedy „zdrowa gorliwość, pobożność i ofiarność”. Po ukończeniu nowicjatu i złożeniu profesji zakonnej Florian rozpoczyna studia filozoficzne. Mimo trudności kończy filozofię i składa profesję wieczystą. Jest 1935 r. – Florian rozpoczyna studia teologiczne w Lublinie. W 1938 otrzymuje święcenia kapłańskie. Po święceniach rozpoczyna studia biblistyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

WOJNA

W 1939 r. wybucha wojna. Przed niespełna trzydziestoletnim kapłanem otwierają się dwie drogi – pozostania w bombardowanym Lublinie lub ucieczka. Florian decyduje się pozostać w mieście. Całkowicie oddaje się posłudze mieszkańcom Lublin – m.in. pomaga w grzebaniu zmarłych i poległych w wyniku działań wojennych. Kilka miesięcy po wybuchu wojny – 25.01.1940 – wraz z całą wspólnotą klasztoru lubelskiego zostaje aresztowany przez gestapo i umieszczony na Zamku Lubelskim. Po pół roku wraz z grupą braci zostaje przeniesiony do obozu w Sachsenhausen, niedaleko Berlina, a następnie po kilku miesiącach do Dachau (okolice Monachium).

… GDY PRZYSZŁA KOLEJ NA LITERĘ ‚S’

Silny organizm ojca Floriana nie mógł długo opierać się koszmarnym warunkom panującym w obozie. Głód powoli wykańczał dobrze zbudowanego zakonnika. W lecie 1942 r. ciężko zachorował. Umieszczono go w obozowym szpitalu – było to równoznaczne z wyrokiem śmierci. W szpitalu Florian przychodzi do siebie. Umieszczono go jednak w bloku inwalidzkim – w bloku dla przeznaczonych na śmierć. Według relacji współwięźniów Florian „był słońcem całego tego nieszczęśliwego baraku. Ludzie zamknięci tam byli przeznaczeni na śmierć. Umierali dziesiątkami z osłabienia, a od czasu do czasu wywożono ich olbrzymimi grupami w niewiadomym kierunku. Później dopiero dowiedzieliśmy się, że uśmiercano ich w komorze gazowej pod Monachium. Kto nie był w obozie, ten nie ma pojęcia, czym dla takich kościotrupów na bloku inwalidzkim, żyjącym wiecznie w atmosferze śmierci, było pogodne słowo pociechy, czym mógł dla nich być uśmiech wynędzniałego jak oni kapucyna…” Przyszła kolej na literę ‚S’. Ojciec Florian Stępniak został zabrany do gazowej komory 12.08.1942 r. Z obozu do rodzinnego domu Floriana przysłano jego habit wraz z informacją, że zmarł na anginę. Kilka lat przed śmiercią na prymicyjnym obrazku umieścił fragment Listu do Tesaloniczan: „Gotowiśmy wam dać nie tylko Ewangelię Bożą, lecz i życie nasze”.

bł. Anicet

bł. Symforian

bł. Henryk

bł. Fidelis

bł. Florian